Są u nas w firmie trzy “przyjaciółki”. Zwracające na siebie uwagę, głośne i walczące o najwyższą pozycję na piedestale zainteresowania. Nie wiem, na ile ich relacje są szczere, różnie się o tym mówi, ale wygląda to na bliską zażyłość. Poza pracą odwiedzanie się w domach i tym podobne. Wszystkie trzy są na wysokich stanowiskach, podejrzewam, że przekonane o swojej nietykalności, bo nosy mają na wyższym poziomie niż reszta… I wszystkie trzy obfitszych kształtów. Ktoś je ostatnio określił jako “świnki trzy” i od tego momentu inaczej o nich nie myślę, po prostu nie mogę. Z pewnością mi to przejdzie.
Nie naśmiewam się z ich tuszy, ale fakt, że ten ktoś trafił w sedno z tą swoją ironią. I jedna z nich miała wczoraj ubrany różowy (notabene bardzo ładny) płaszczyk. Mając w pamięci wspomnianą wcześniej ksywkę wyglądało to z lekka komicznie. Płaszczyk ten zdobią duże, plastikowe guziki i jak nic przypominają mi one świńskie ryjki (tak jak kontakty w ścianach). I jak tu być poważnym rozmawiając z nią jak gdyby nigdy nic?
Karolina była u fryzjerki i jest zadowolona. A przynajmniej była wczoraj i mam nadzieję, że ten stan będzie się utrzymywał. U tej samej, u której byłam niedawno ja. W zasadzie ta znajoma mi dziewczyna jeszcze nie jest fryzjerką, dopiero się uczy i potrzebuje tak zwanych królików doświadczalnych. Skorzystałyśmy na tym obie, tak uważam – ona zdobyła praktykę, a ja miałam strzyżenie gratis (odwdzięczyłam się skromnym drobiazgiem). Teraz zastanawiam się, czy nie zrobić sobie leciutkich wariacji kolorystycznych, ożywić nieco moje czarne włosy czymś rudawo-czerwonym.
Blond odpada w ogóle – do takich włosów trzeba mieć naprawdę ładną, gładziutką cerę. Przy ciemnych defekty skóry są tłumione kontrastem koloru włosów i nie wszystko rzuca się w oczy. Ciekawe, co zażyczyła sobie Karolina – czy mycie włosów szamponem z nałożeniem odżywki, następnie strzyżenie, a potem układanie na szczotkę przy użyciu pianki i lakieru? A może tez miała je lekko tapirowane, by odbić je od głowy i zapewnić większą trwałość fryzurze?