Telekomunikacja to nauka zajmująca się transmisją różnych informacji na odległość. Jest związana z przetwarzaniem tych informacji, kodowaniem, sieciami telekomunikacyjnymi oraz systemami informatycznymi. Powiedziałabym, że należy szczególnie uważać na osoby, które mają styczność z tą nauką.
Natomiast Ci, którzy ja studiowali to już wyższe stadium wtajemniczenia. Przetwarzają informację, a więc z pewnością mają dostęp do wiadomości. Wiadomości o czym? Zresztą nieistotne o czym, ważniejsze o kim. Informacja to niebezpieczna broń w ręku poinformowanego. Zwłaszcza, jeśli tenże potrafi taką informacje zakodować, a następnie transmituje ją do innych odbiorców. Nawet nie musiałby się wysilać i wysyłać na dużą odległość.
Czasami bardziej niebezpiecznie jest, jeśli niektóre informacje docierają do bliskich nam osób. Z drugiej strony dobrze poinformowany przyjaciel to gratka. A jeśli się ma w swoim najbliższym kręgu dwie osoby mające wiedzę i doświadczenie z zakresu telekomunikacji i owe osoby dobrze Tobie życzą i wspierają w trudnych momentach, to można się czuć szczęściarzem. Informacja to potęga.
Moja znajoma uczyła się swojego rodzinnego języka zupełnie innym systemem, niż my tutaj w Polsce. Chodzi mi konkretnie o prace pisemne. Dokładnie „wypracowania”. Nauczyciele prosili uczniów o pisanie różnych prac podobno na dowolne tematy. To znaczy, te tematy nie były takie całkowicie dowolne – tekst polegał na przykład na opisaniu swojego snu albo ulubionych wakacji. Zastanawiam się czy tamten system był lepszy.
Oczywiście, że większość klasowych inteligentów przyklaśnie takiemu rozwiązaniu. W końcu nie musieliby czytać nudnych i bezsensownych lektur i mogliby pisać, co tylko ślina im na język przyniesie. Jednakowoż tym najbardziej inteligentnym ślina przynosi taki rzeczy, których lepiej byłoby nie przelewać na papier, bo nauczyciel byłby porażony elokwencją.
Z drugiej strony, o ile sobie mętnie przypominam tematy typu moja rodzina lub mój najlepszy przyjaciel, były przerabiane w środkowej części podstawówki. Czytanie lektur też się na coś przydało, bo pozwala na szybkie wychwytywanie aluzji do literatury światowej w „Kiepskich”. Nieprawdaż Ferdynandzie K.?